DSC02110

Maroko w 10 dni – relacja i plan podróży.

Czy Maroko da się zwiedzić w niespełna 2 tygodnie, a konkretnie w 10 dni? I tak i nie, bo tak na dobrą sprawę, ten kraj można poznawać miesiącami. My jednak nie mięliśmy tyle czasu, a mimo to udało nam się zobaczyć naprawdę mnóstwo wspaniałych miejsc. Jeśli więc i wy wybieracie się do Maroka, to spieszymy z pomocą. Poniżej znajdziecie plan naszej 10-dniowej podróży oraz opis miejsc, które warto odwiedzić. Jeśli natomiast ktoś planuje spędzić w Maroku tydzień, wystarczy zrezygnować z ostatniej wycieczki do Essaouiry i plan gotowy.

Dzień 1. Nador –> Fez

Przed południem lądujemy w Nadorze. Po wyjściu z samolotu uderza nas fala gorąca. Zamiast ośnieżonych drzew witają nas skąpane w słońcu palmy. W kolejce do odprawy spotykamy parę polaków. Chwila rozmowy i już mamy jak zabrać się z lotniska. Nasi nowi znajomi wypożyczają samochód, toteż razem z nimi ruszamy do Fez. Po drodze zatrzymaliśmy się na wzgórzu widokowym El- Qolia, gdzie znajdują się ruiny dawnych Grobowców Merynidów.

DSC_0193 (Copy) (Copy) (Copy)Widok na stare miasto i panorama pobliskiego cmentarza robiły wrażenie, warto więc zaznaczyć ten punkt na mapie. Ruszamy do miasta. Spacer po medynie (stara arabska dzielnica, otoczona murami) pozwala nam podpatrzeć życie codzienne mieszkańców oraz pracę lokalnych rzemieślników.

DSC_0742 (Copy) (Copy)Gubimy się na każdym kroku i ciągle ktoś chce nam pokazać drogę. Szybko jednak przekonujemy się, że nie za darmo…  Wreszcie udaje nam się dotrzeć do Garbarni skór Chouwara.  Negocjujemy cenę 10 Dirhamów od osoby i wąskimi schodkami udajemy się na taras widokowy. Jak się okazało, za sprawą marokańskiego króla, garbarnie przechodziły gruntowny remont, o czym oczywiście nikt nie raczył nas uprzedzić…

IMG_0025Z racji, że mamy z Markiem swoje tempo podróżowania, a Paulina i Kamil swoje, zdecydowaliśmy się rozdzielić i pozwiedzać trochę na własną rękę. W riadzie, w którym się zatrzymaliśmy, właściciel przywitał nas tradycyjną marokańską herbatą. Zwiedzaliśmy miasteczko do późna, oswajając się powoli z charakterystycznym arabskim klimatem i specyficznym zapachem medyn. Wszędzie mnóstwo kotów i biegających dzieci. Każdy chciał nam coś sprzedać, pokazać drogę i „być naszym przyjacielem”, jednak wiedząc już co nieco o marokańskich zwyczajach, nie daliśmy się zwieść. Po wyjątkowo smacznej kolacji marokańska kuchnia na dobre trafiła do naszych serc…

Dzień 2. Fez –> Chefchaouen

Rano razem z Pauliną i Kamilem, ruszyliśmy do niebieskiego miasteczka – Chefchaouen. Widoki zza okna, ludzie podróżujący na osiołkach i przydrożne kramy umilały nam drogę.

DSC_0282 (Copy) (Copy) (Copy)Na rzecz Chefchaouen zrezygnowaliśmy z wizyty w Meknes i mimo że przepadła nam kaucja za hotel, to było warto! Z relacji mieszkańców Maroka dowiedzieliśmy się, że Meknes i Fez są do siebie bardzo podobne, więc jeśli nie macie zbyt wiele czasu, to wystarczy wizyta w jednym z nich. A już zwłaszcza, gdy do wyboru macie wizytę w Chefchaouen. Miasteczko położone u podnóża gór Rif, okazało jednym z najbardziej urokliwych miejsc, jakie widzieliśmy w Maroku.

IMG_0169 (Copy)Cała medyna pomalowana była we wszystkich odcieniach niebieskiego. Do tego była znacznie spokojniejsza, czystsza i o wiele mniej ruchliwa, niż ta widziana w Fez. Innymi słowy to idealne miejsce do rozpoczęcia swojej przygody z Marokiem. Wybraliśmy się na pobliskie wzgórze, żeby w ciszy i spokoju podziwiać miasteczko.

DSC02016 (Copy)W międzyczasie pożegnaliśmy się z Pauliną i Kamilem. Oni ruszyli w dalszą podróż, a my chcieliśmy się jeszcze chwilę nacieszyć „Wioską Smerfów”, o której więcej przeczytacie tutaj.

Dzień 3. Chefchaouen –> Rabat

O świcie budzą nas nawoływania z pobliskich meczetów. Do godziny 10 medyna jest niemal pusta, można więc w spokoju cieszyć oczy niczym niezmąconym błękitem. Wybraliśmy się też na spacer w góry, śladami mężczyzny, który dzień wcześniej wspinał się na szczyt.

IMG_0180Słyszeliśmy co nieco o licznych plantacjach haszyszu zlokalizowanych właśnie w Chefchaouen i chcieliśmy się o nich przekonać na własne oczy. Czy nam się udało? Odpowiedź znajdziecie we wspomnianym wyżej wpisie. Około 15 ruszyliśmy autobusem w stronę Rabatu. Z racji, że w Maroku nikt nigdzie się nie spieszy, a kierowcy zatrzymują się na herbatkę zawsze, gdy tylko mają ochotę, resztę dnia spędziliśmy w drodze. Mięliśmy niemałe kłopoty z tłumaczeniem, gdzie dokładnie chcemy się zatrzymać. Angielskiego nie znał ani kierowca busa, ani taksówki.  Ostatecznie ze sporymi przebojami, udało nam się dotrzeć do medyny.

IMG_0297 (Copy)Ciemne i wąskie uliczki nie zachęcały do samotnego błądzenia. Zapłaciliśmy więc kilka dirhamów napotkanemu staruszkowi, który wreszcie zaprowadził nas na miejsce. Gospodarz hostelu, jak na Marokańczyka przystało, znów ugościli nas herbatą i uraczył pogawędką o polskiej muzyce. W samej medynie, czuliśmy charakterystyczny marokański klimat, jednak poza nią, Rabat niczym nie odbiegał od europejskich stolic.

IMG_0294 (Copy)Po długim spacerze i bezskutecznym poszukiwaniu regionalnego piwa, poszliśmy spać, by regenerować siły na następny dzień.

Dzień 4. Rabat –> Marrakesz

Zaraz po śniadaniu, które umilały nam puszczone przez gospodarza polskie piosenki, umówiliśmy się z Ayoubem. Ten pozytywnie zakręcony 23-latek, którego znalazłam na couchsurfingu, okazał wspaniałym przewodnikiem! Spotkaliśmy się na plaży, gdzie akurat trenował razem z kolegami z drużyny. Marek miał nawet okazję pograć z nimi w piłkę. Wspólnie odwiedzaliśmy te zakątki Rabatu, do których sami pewnie byśmy nie trafili.

kasbah-de-oudaia-1-1233065 (1)Słuchaliśmy o marokańskiej historii, tradycjach i lokalnych zwyczajach. Będąc w stolicy Maroka nie można pominąć Kazby Oudaias, ogrodu andaluzyjskiego mieszczącego się nieopodal oraz oczywiście medyny. Warto także udać się na spacer brzegiem oceanu, a potem promenadą wzdłuż rzeki. Można tam zobaczyć niebieskie łódki rybackie i odpocząć w jednej z urokliwych kawiarni np. Cafe Maure.

DSC_0906 (Copy)Kolejne warte odwiedzenia miejsce to Mauzoleum Muhammada V i Hassana II. W środku, oprócz misternie zdobionego wnętrza i złotej kopuły, znajdują się grobowce królów. Zaraz obok możemy natomiast podziwiać niedokończony meczet, zwany inaczej wierzą Hassana. Miał on być drugą co do wielkości budowlą tego typu, w krajach islamskich, jednak uległ zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi. Monumentalność ruin robi wrażenie, bowiem 400 zachowanych kolumn, miało pomieścić, aż 40 tysięcy wiernych…

IMG_0326 (Copy)Warto dodać, że do wszystkich wymienionych atrakcji, wstęp jest darmowy. Spacer po tętniącym życiem Rabacie, utwierdził nas w przekonaniu, że pora zmienić otoczenie. Jest tu bowiem zbyt europejsko i nowocześnie. Z tych samych pobudek postanowiliśmy odpuścić sobie Casablance. Ayoub powiedział nam, że oprócz zjawiskowego meczetu Hassana II, nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia. Ostatnie chwile w stolicy spędziliśmy na wspólnej kolacji ze znajomymi Ayouba, polką Kasią i parą francuzów. Po miłym wieczorze wszyscy odprowadzili nas na pociąg do Marrakeszu. Na miejsce dotarliśmy koło północy. W hostelu czekał już na nas Zakaria, który pomógł nam się uporać z nachalnym taksówkarzem…

Dzień 5. Marrakesz

Poranne zwiedzanie rozpoczęliśmy od znajdującego się przy naszym hostelu Pałacu El Badi. To, co od razu rzuciło nam się w oczy, to bociany. Były dosłownie wszędzie… No cóż, jak widać, nie tylko my nie przepadamy za polską zimą…

IMG_0368 (Copy)Za grubymi murami znajdował się dziedziniec, pełen cytrusów i sadzawek. Dawniej mieściła się tu olśniewająca rezydencja, jednak po licznych grabieżach, zostały po niej tylko monumentalne ruiny. Kolejny punkt to pobliski Pałac El Bahia. W urządzonej z przepychem sułtańskiej budowli, pośród 150 sypialni, kiedyś mieścił się m.in. harem. Podłogi wyłożone marmurem, sufity ozdobione rzeźbionym drewnem cedrowym i misterne mozaiki, potęgują urok miejsca.

IMG_0394 (Copy)Wewnętrzny dziedziniec obrośnięty jest tropikalnymi roślinami, cyprysami i jaśminem, a na środku znajduje się fontanna. Z racji, że bilety wstępu do każdego z pałaców kosztują 10 dirhamów, czyli po ok 4 zł, to naprawdę warto je odwiedzić. Następna atrakcja to muzeum fotografii. Jeśli ktoś interesuje się robieniem zdjęć to warto tam zajrzeć, chociaż bilety kosztują już 40 dirhamów, czyli ok. 16 zł. My zaryzykowaliśmy i oprócz zdjęć, mieliśmy okazję obejrzeć archiwalne materiały filmowe, przedstawiające życie codzienne mieszkańców i rozwój rolnictwa. Restauracja znajdująca się na dachu muzeum, była idealny miejscem na chwilę wytchnienia. Kolejnych wrażeń dostarczył nam spacer po labiryncie barwnych suków, przez jeden z największych na świecie placów targowych Jemaa El Fna.

zoco-in-morocco-1191202 (1)Z gwarnych straganów uciekliśmy do parku, aby schronić się w cieniu palm. W ciągu jednego dnia, udało nam się zobaczyć naprawdę sporą część miasta. Jednak przez rozgardiasz i gwar panujący w Marrakeszu, postanowiliśmy zaszyć się gdzieś na pustyni…. Z pomocą przyszedł poznany w hotelu Zakaria. Polecił nam wycieczkę do Zagory. Cena 55 euro od osoby i zawarte w programie atrakcje, były na tyle kuszące, że przekonały nawet nas. Czyli zatwardziałych przeciwników zorganizowanych wycieczek. Po kolacji w restauracji znajdującej się na dachu i spacerze przez tętniący nocnym życiem plac Jemaa El Fna, wróciliśmy do hostelu. Czekały nas nowe, pustynne przygody. Nie mięliśmy pojęcia co tak naprawdę nas tam czeka…

Dzień 6. Marrakesz –> Ouawazarzat –> Zagora –> noc na pustyni

Rano, do hotelu przyjechał po nas kierowca. Jak się okazało nie mówił po angielsku… Niemniej wycieczka do Zagory była jednym z ważniejszych punktów naszego pobytu w Maroku.

IMG_0647Jeśli więc chcecie poznać ogólne wrażenia po nocy spędzonej na pustyni, jeździe na wielbłądach i tańcu przy śpiewie nomadów, zapraszamy do wpisu. Opowiedzieliśmy tam o plusach i minusach zorganizowanej wycieczki oraz o tym, czy w ogóle warto się na nią decydować.

Dzień 7. Zagora –> Ait Benhddou –> Marrakesz

Do Marrakeszu wróciliśmy koło 19. Zostało nam więc sporo czasu na poznawanie jego nocnych uroków. Jedną z największych atrakcji miasta, jest wspomniany wcześniej plac Jemaa El Fna. W końcu nie bez powodu został wpisany na listę UNESCO, jako światowe dziedzictwo tradycji przekazu ustnego. O zmroku staje się gwarnym centrum życia kulturalnego mieszkańców. Można tam  spotkać grajków, gawędziarzy, magików… Ludzie siedzą w grupach, bawią się, śpiewają i grają na różnych instrumentach. Turystyczne atrakcje, w stylu pozujących małpek, czy zahipnotyzowanych węży, wyrastają tam niczym grzyby po deszczu. Jednak większość ludzi, zgromadzonych wokół nocnych przedstawień, stanowią miejscowi.

IMG_0439 (Copy)Patrzyliśmy na to wszystko z zachwytem i jednocześnie nutką zazdrości. Patrzyliśmy na ludzi, którzy potrafią cieszyć się z tak prostych i jednocześnie pięknych rzeczy, jak wspólne śpiewanie, czy słuchanie barwnych opowiadań… Nasz pobyt powoli dobiegał końca i choć spędziliśmy już tydzień w Maroku, wciąż chcieliśmy odkryć więcej. Postanowiliśmy opuścić stolicę i pojechać nad ocean, do małego rybackiego miasteczka…

Dzień 8. Marrakesz –> Essaouira

Essaouira okazała się idealnym miejscem na zakończenie urlopu. Niebieskie łódki, błękit oceanu i rybacy pracujący w pocie czoła… Mieliśmy okazję podziwiać wyjątkowo malownicze zachody słońca i spacerować po miejscach, gdzie kręcone były sceny do filmu Królestwo Niebieskie.

IMG_0807W hostelu poznaliśmy parę polaków, Marysię i Rafała, który akurat obchodził urodziny. Świętowaliśmy razem na dachu naszego riadu, przy śpiewie mew i szumie oceanu. Pierwszy raz podczas pobytu w Maroku udało nam się też kupić piwo. Zaszyliśmy się w jakiejś ukrytej knajpce, gdzie byłyśmy z Marysią jedynymi kobietami. Jak było? Odpowiedź znajdziecie w oddzielnym wpisie, który w całości poświęcony jest Essauirze.

Dzień 9. Essaouira –> Marrakesz

Po spacerze przez rybi targ, degustacji happy cookies oraz relaksie w marokańskim hammamie, przyszedł czas na powrót do Marrakeszu. Na każdym kroku odkrywaliśmy nowe zakamarki, a wieczorem czekała nas kolejna dawka nocnych atrakcji  na placu Jemaa El Fna.

IMG_0422 (Copy)

Dzień 10. Marrakesz –> Polska

Poranek spędziliśmy na pakowaniu i przygotowaniach do wyjazdu. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na lotnisko, żeby w porę uporać się z odprawą paszportową.

IMG_0862 (Copy)Warto jest stawić się wcześniej, bo obsługa lubi odsyłać pasażerów do różnych okienek i wypytać o pobyt. Mimo dość długich negocjacji z taksówkarzem (przez te kilka dni nauczyliśmy się porządnie targować) udało nam się zdążyć na czas. Z łezką w oku i wielkim sentymentem opuściliśmy Maroko…

Jak widać 10 dni w Maroku pozwoliło nam zasmakować jego kultury, klimatu i oczywiście kuchni. Odwiedziliśmy kilkanaście miast, przemierzyliśmy setki kilometrów i poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi. Maroko pokazało się jako kraj pełen kontrastów, taki za którym się tęskni i do którego chce się wracać. Jeśli więc macie chociażby tydzień przyjeżdżajcie, żeby się o tym przekonać na własnej skórze!