DSC_1734 (Copy)

Zimowy weekend w Bieszczadach.

To miał być zwyczajny listopadowy weekend w górach. Liście mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni i bajkowe widoki na połoniny… Jednym słowem złota polska jesień w Bieszczadach. Czasem jednak wyobrażenia nijak się mają do rzeczywistości…

DSC_1763 (Copy)W takich okolicznościach powiedzenie „co nas nie zabije to wzmocni” nabiera zupełnie nowego, dosłownego znaczenia… Ale od początku :). Do Wetliny docieramy w czwartek wieczorem. Zatrzymujmy się w pensjonacie Czartoryja. Ściany obite drewnem oraz widoki wprost na bieszczadzkie szczyty pozwalają poczuć górski klimat. Do tego kominek w dużej świetlicy i szum rzeki płynącej za oknem… Mimo nocnej integracji rano wyruszamy na szlak, całkiem sporą, bo około 15-osobową ekipą.

DSC_1715 (Copy)

DSC_1713 (Copy)Jako pierwszy cel wyznaczamy sobie dojście do schroniska Chatka Puchatka. Okolica funduje nam piękne widoki, jednak po złotej jesieni niewiele zostało…

DSC_1797 (Copy)Każdy dociera do schroniska w swoim tempie. Niektórzy mają już dość wspinaczki. Kapryśna pogoda i strome podejście, dały się we znaki.

DSC_1746 (Copy)Po krótkim odpoczynku pozostało pytanie, iść dalej na Smerek, czy razem z większa częścią ekipy wracać do Wetliny? Z jednej strony to mój pierwszy zimowy trekking w górach, ale z drugiej… Że ja nie pójdę?! No i… poszłam :) Została nas już tylko połowa. Bywało zimno, bywało ślisko, ale było pięknie. I jaka satysfakcja jak wreszcie udało nam się dojść na szczyt.

DSC_1823 (Copy)Gdyby nie to, że u kolegi odezwała się kontuzja kolana i noc złapała nas na szlaku, trekking nazwałabym niemal wzorowym.

DSC_1855 (Copy)Niemniej poradziliśmy sobie mimo przeciwności. Nagrodą za całodniowy wysiłek, była kolacja w Pawle nie całkiem Świętym. Cóż, grunt to mieć dobry cel…

IMG_20161111_193128 (Copy)Byłam dumna, że udało mi się dotrzeć na Smerek, zwłaszcza, że nawet niektórzy mężczyźni zrezygnowali z dalszej drogi. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że „najgorsze” ma dopiero nadejść… Wieczorem dalsza część integracji, plus wygrany mecz Polska – Rumunia… Nie trzeba więc dodawać, że na regenerację nie mieliśmy zbyt wiele czasu :) Mimo wszystko po kilku godzinach snu, ruszyliśmy na Tarnicę, tym razem już tylko w 6 osób. Choć było zimno, ślisko i mokro, to nie dawaliśmy za wygraną.

DSC_1840 (Copy)
DSC_1757 (Copy)
Turyści wracający ze szczytu, ostrzegali, że na górze jest znacznie gorzej. Jednak zapewnialiśmy, że dzień wcześniej byliśmy na Chatce Puchatka i wiemy czego się spodziewać. Jak się potem okazało, nie mieliśmy pojęcia… Bo im wyżej, tym trudniej i to wcale nie ze względu na strome podejścia. Silny wiatr ograniczał widoczność i utrudniał chodzenie, a śnieg zacinał prosto w oczy… Kamienie przykryte grubą warstwą puchu osuwały się spod stóp, a ścieżka w niektórych miejscach była tak wyślizgana, że uniemożliwiała swobodne przejście.

DSC_1834 (Copy)W takich chwilach nie czuje się chłodu, czy zmęczenia. Każdy krok musi być przemyślany, ponieważ błąd może nas słono kosztować. Przy silnych podmuchach wiatru brakuje powietrza, do tego stopnia, że trzeba się zatrzymać, aby złapać oddech. To trochę tak jakby wystawić głowę przez okno podczas szybkiej jazdy samochodem. Tyle, że na szlaku nie można schować jej z powrotem do środka… Bywały momenty, gdy myślałam, że wiatr po prostu mnie zdmuchnie. Całe szczęście odpowiednie balansowanie ciałem i robienie uników, pozwoliło bezpiecznie dojść na szczyt Tarnicy. Jego zimowe oblicze nie miało kompletnie nic wspólnego z tym, które wcześniej widziałam…

xperia listopad2016 (Copy)DSC_1896 (Copy)Krótki przystanek na rozgrzewający łyczek z piersiówki, kilka zdjęć i dalej w drogę. Zdecydowaliśmy się na dłuższą, ale jak nam się wydawało, mniej stromą trasę powrotną. I wtedy się zaczęło… Idąc przez połoniny zmagaliśmy się z przeraźliwym wiatrem. Żadnych drzew, żadnych dolin i zupełnie nic, co mogłoby nas przed nim uchronić. Po raz pierwszy w życiu na własnej skórze poczułam tak ogromną siłę natury. Bałam się, że po prostu zwieje mnie ze szlaku, a na najwyższych wzniesieniach przepaście były naprawdę strome… W pewnej chwili idąc przez ośnieżone skały, zbliżyłam się do krawędzi na tyle mocno, że musiałam wołać o pomoc. Nie byłam w stanie sama stawić oporu sile wiatru.

DSC_1831 (Copy)Cale szczęście w pobliżu był kolega, którego w ostatniej chwili złapałam za ramię… Wiatr z wielką mocą podniósł moje nogi nad ziemię. Czułam się trochę jak na flyspocie… Szłam dalej na mocno ugiętych kolanach, żeby stawiać jak największy opór i wtedy zobaczyliśmy, że kolega idący za nami zatrzymał się, trzymając za kolana. Jak się okazało, nadwyrężył sobie jedno z nich. Wróciliśmy po niego i szliśmy dalej we 3, żeby minąć najgorszy wiatr. Śnieg bezlitośnie zacinał w oczy, a łzy ograniczały pole widzenia. Droga dłużyła się, jakby nie mając końca. Wreszcie udało nam się dojść do lasu.

IMG_20161111_152121 (Copy)

DSC_1768 (Copy)
Dopiero wtedy mogliśmy się zatrzymać, żeby uzupełnić płyny i chwilę odpocząć. I mimo dobrego tempa znów złapała nas noc i znów wynagrodziliśmy sobie wysiłek porządną dawką kalorii… Relaks przy kominku i lokalne piwo w Bazie z Ludzi z Mgły pozwoliły nam zregenerować siły.

DSC_1931 (Copy)
Ten wyjazd pokazał mi góry z zupełnie innej strony. Zawsze kojarzyły mi się z pięknymi widokami oraz przyjemnym zmęczeniem, a teraz widzę je przez pryzmat adrenaliny… I to całkiem ciekawe uczucie. Nigdy wcześniej nie miałam na szlaku sytuacji, która zagrażała mojemu bezpieczeństwu… A tutaj były chwile, kiedy czułam, że jestem o włos od sturlania się w przepaść. Ale czy żałuję? Nie! Wręcz przeciwnie. Podobało mi się to inne, górskie oblicze. Przyjemny dreszczyk, zmieszany z nutką strachu. Jakie wnioski? Jak się chce to można. Wystarczy zachować zimna krew i zdrowy rozsądek. Idąc w góry trzeba też pamiętać o  odpowiednim ubraniu i butach trekkingowych! Ciepłych, wodoodpornych i z odpowiednią podeszwą. Przy dobrym wyposażeniu zima w górach nie musi kojarzyć się tylko z nartami. Zatem do zobaczenia na szlaku! :)

DSC_1759 (Copy)