DSC_6494 (Copy)

Wulkan, autostop i Gwiezdne Wojny – odpowiadamy na pytania o Teneryfie.

I jak tu siąść i post napisać, skoro Teneryfa nadal śni się po nocach… Jedną nogą wciąż drepczemy po jej plażach dzikich i górach dziewiczych… Tak, tak, są takie na Kanarach :)

DSC_6267 (Copy) DSC_6458 (Copy)Przyszła pora wziąć się w garść i uporządkować nasze wspomnienia, zanim umknął nam z głowy. Byłoby naprawdę szkoda, bo jest o czym opowiadać.  Tym bardziej, że Teneryfa okazała się zupełnie inna, niż ta, o której słyszy się w biurach turystycznych. Berlin również (i tu siłą woli  na usta ciśnie się stwierdzenie „pozytywnie nas zaskoczył”, jednak jest ono chyba najbardziej wyświechtanym powiedzeniem na świecie, więc prędzej utnę sobie palec, niż go użyje, dlatego zacznijmy od początku…). Berlin wcale pozytywnie nas nie zaskoczył, bo żeby tak było musielibyśmy najpierw myśleć o nim negatywnie. A przecież od początku wiedzieliśmy, że to fajne miasto. :) Niemniej z rowerowej perspektywy okazał się jeszcze fajniejszy.

IMG_1654 (Copy)Ale o tym już wkrótce będzie osobny wpis. Może się Wam przydać na jakiś weekendowy wypad. A tym czasem łapcie porcję odpowiedzi na pytania zadane w naszym przedwyjazdowym poście. Jeśli go nie pamiętacie, to klikajcie tutaj.

1. Jak działa autostop na Teneryfie?

Przy pierwszej próbie nie zdążyliśmy nawet wyciągnąć kciuka, a już siedzieliśmy w samochodzie. Z drugą poszło znacznie gorzej, no ale zacznijmy od początku… Nasze autostopowe starcie miało się rozpocząć w drodze powrotnej z wulkanu. Po dwudniowej wspinacze zdecydowaliśmy się podjechać w dół kolejką, a że wstaliśmy po 4, udało nam się zabrać już pierwszym kursem.

IMG_2052 (Copy)Schronisko w którym nocowaliśmy było pełne, miałam więc cichą nadzieję, że może uda nam się z kimś zabrać. Na dole ruszyliśmy w stronę ulicy, żeby zająć jakieś strategiczne miejsce do łapania stopa. Jednak nasze sokole oko wypatrzyło parę Francuzów, którą wcześniej spotkaliśmy na szczycie.

DSC_6787 (Copy)Gadka szmatka i… No dobra tak naprawdę zaczęliśmy z gruber rury, czyli coś w stylu:
My: Cześć, przyjechaliście może autem…?

Oni: Jasne, wsiadajcie! Dokąd jedziecie?
My: Docelowo do Puerto de la Cruz, ale tak właściwie to byle do przodu.
Oni: Świetnie się składa! My też tam :)
Włączając do tego przeplatankę francuskiego z angielskim było naprawdę wesoło. Mam nadzieję, że nie mają nam za złe ostemplowania ich szyb śladami mojego czoła i nosa… Widoki były tak piękne, że nie mogłam oderwać wzroku. No i wreszcie nie trzeba było patrzeć pod nogi, żeby przypadkiem nie sturlać się w dół razem z zastygłą lawą…

20160602_124037 (Copy) (Copy) (Copy)Dotarliśmy do celu, ale nasze autostopowe badania nie dobiegły końca. Kolejna próba poszła znacznie gorzej, a właściwie w ogóle nie poszła…W drodze z Los Silos do Icod de Los Vinos, po raz kolejny wyciągnęłam kciuk w górę! I… nic! Kierowcy patrzyli się na nas trochę tak, jakby nie do końca wiedzieli o co chodzi… Właściwie tylko u jednego z nich zauważyliśmy jakikolwiek feedback. A zanim udało nam się cokolwiek złapać przyjechał autobus. :) Cóż, nie tym razem… Całe szczęście Teneryfa może się pochwalić całkiem niezłą infrastrukturą i dobrze rozwiniętą komunikacją miejską.

2. Jak organizm znosi nocleg na wysokości niespełna 4 tysięcy metrów nad poziomem morza?

To była nasza pierwsza wyprawa na taką wysokość, więc nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Niby Teide to tylko 3718 m n.p.m., ale Internety podają, że pokonując w ciągu doby różnicę wysokości większą, niż 1200 metrów, można odczuć objawy choroby wysokogórskiej. U nas obeszło się bez zawrotów głowy, senności, a już zwłaszcza utraty apetytu. Z tym ostatnim to wręcz przeciwnie… :) A spaliśmy jak zabici, mimo pochrapywania chińskich współlokatorów. Niemniej na szlaku obniżone ciśnienie atmosferyczne dawało się we znaki. Z jednej strony urywający głowę mroźny wiatr, a z drugiej ostre słońce, które za nic miało olejek przeciwsłoneczny na naszej skórze.

20160602_130016 (Copy)Zadyszka jak po przebiegnięciu maratonu i coraz więcej przystanków… Po kilku godzinach u obojgu z nas pojawił się też katar. Jednak po noclegu w schronisko wstaliśmy jak nowo narodzeni. Wydawało się, że organizm wreszcie się przyzwyczaił. Niestety nie do końca, bo wraz z wysokością jego wydolność spadała. Im bliżej szczytu tym ciężej. Do tego duszący zapach siarki wypełniający powietrze… I choć chwilami myślałam, że wypluję płuca, to udało się! Widoki zrekompensowały cały wysiłek, choć aparat niestety nie zdołał ich w pełni uchwycić… A co do zdjęcia, to tak jak już kiedyś wspominałam, na wulkanie nie ma czasu, żeby dobrze wyglądać… ;)

20160603_075542 (Copy)O Teide można by pisać i pisać, dlatego już niebawem poświęcimy mu osobny post.

3. Czy lokalny gulasz z ciecierzycą i pomidorami, pobije smakiem marokańską harirę?

Odpowiedź nie jest prosta, bo zarówno kuchnia kanaryjska jak i marokańska urzekły nasze podniebienia. Nie mieliśmy okazji skosztować gulaszu, ale harira ma na Teneryfie bardzo podobny odpowiednik, czyli Rancho canario. Zupa jest równie dobra i bardzo treściwa, z grubymi kluskami i kawałkami mięsa.

Teneryfa xperia (Copy) (Copy) (Copy)Popularna jest także kuchnia śródziemnomorska, krewetki, kalmary, rybki. Nam bardzo posmakował stek z tuńczyka (brzmi burżujsko, ale jak się umie szukać, to i portfel i brzuch zostają pełne :) ).
Kanaryjczycy to także amatorzy słodkości, co widać było po śniadaniach. Jedną z najpopularniejszych przekąsek są tłuściutkie Churros, w smaku podobne do naszych faworków. Macza się je np. w czekoladzie. Do tego tradycyjna kanaryjska kawa z mlekiem skondensowanym. Mniam!

20160529_095606 (Copy) (Copy)Chyba robię się głodna… I chyba ostatecznie wybieramy jednak kuchnię marokańską. Jest bowiem zupełnie inna od tej europejskiej, a my lubimy odmienność. Dodatkowo w każdym daniu czuć bogactwo i różnorodność przypraw. I o ile w Maroku schabowego, czy pizzę znajdziemy raczej rzadko, to na Teneryfie nie ma z tym problemu. Mają tam też kilka kulinarnych ciekawostek. Chipsy z batatów, ostre suszone banany z dodatkiem czosnku i nasz faworyt, czyli kiełbaska chorizo o konsystencji idealnej do smarowania chleba. Ach no i świeże guacamole! Pychota!

4. Czy górska wioska Masca słusznie nazywana jest europejskim Machu Picchu?

Z tym porównaniem to chyba jednak ktoś trochę popłynął. Masca owszem, piękna i urocza, ale do Machu Picchu jednak sporo jej brakuje. Podobno, jeszcze całkiem niedawno, ta ukryta w górach wioska była zupełnie nieznana.

IMG_2081 (Copy)IMG_2085 (Copy)Jednak patrząc na liczbę restauracji i innych turystycznych atrakcji ciężko w to uwierzyć… Niemniej już sama droga na Mascę jest naprawdę ekstremalnym przeżyciem… Kierowcy autobusów nie wiele sobie robią z przepaści znajdującej się tuż za barierką. Wchodzą w zakręty niczym w masło. A zamiast przyhamować, czasem zatrąbi, by ostrzec tych z naprzeciwka.

IMG_2069 (Copy) I mimo że nie mam choroby lokomocyjnej, to na tej trasie poczułam żołądek w gardle. Jak czytałam o niej przed wyjazdem, to wydawało mi się, że ludzie dramatyzują… Teraz już wiem, że nie. Nie wiem, czy jest ktoś, kto chociaż raz nie zamknął oczu, na którymś z zakrętów. Drogę powrotną postanowiliśmy pokonać pieszo, idąc przez wąwóz Barranco de Masca.

IMG_2115 (Copy)Na niektórych podejściach również bywało ekstremalnie, ale przynajmniej to my byliśmy odpowiedzialni za swoje życie, a nie jakiś tam szalony kierowca :) Mimo że poziom trudności szlaku określany jest jako trudny, to wąwóz Barranco de Masca okazał się jednym z naszych ulubionych miejsc na Teneryfie.

IMG_2131 (Copy)Na tyle, że także zasłużył sobie na oddzielny wpis. Kilka godzin wędrówki, a na końcu piękna plaża i zimne piwo od pana siedzącego pod niebieską z parasolką… Także sami rozumiecie :)

5. Czy uda nam się odnaleźć miejsca, w których kręcono Gwiezdne Wojny i Planeta Małp?

Nie uda się! No a przynajmniej nie na Teneryfie… Dlaczego? Bo Gwiezdne Wojny na Kanarach to mit, który przekazywany z ust do ust stał się „prawdą”. A dowiedzieliśmy się tego od autorów bloga Zamieszkali.pl, którzy już od pół roku mieszkają na Teneryfie i mieli zdecydowanie więcej czasu na zbadanie tematu. :) No ale… plotki przecież skądś się biorą. Udało nam się dotrzeć do miejsca, w których filmy potencjalnie miały być nagrane i być może w przypadku Planety Małp rzeczywiście były.

DSC_6804 (Copy)20160602_124046 (Copy) (Copy) (Copy)Widok iście księżycowy, nie ma się więc co dziwić, że wielu ludzi dało się nabrać. Hektary kamieni, piachu i zastygłej lawy… Cisza i nicość. Naprawdę wyjątkowy klimat. Tutaj nawet gwiazdy świecą jaśniej. Takie to uroki życia ponad chmurami…